Ciekawostki historyczne: “Diabelski rdzeń”, który zebrał krwawe żniwo

Ludzkość weszła w erę atomową nieprzygotowana. Nie tylko dlatego, że jedynie nieliczni zdawali sobie sprawę z tego ile energii drzemie w pojedynczym atomie. Nawet ci, którzy pracowali przy projekcie Manhattan nie mieli odpowiednich narzędzi by zamienić wyliczenia teoretyczne na atomową rzeczywistość. Musieli eksperymentować. A eksperymenty oznaczają ofiary, czasem śmiertelne. Wśród amerykańskich naukowców tego czasu chyba największe żniwo zebrała jedna sfera wykonana z plutonu, nazwana później „Diabelskim rdzeniem”.

Od ataków na Hiroszimę i Nagasaki wiadomo już było dokładnie jak destrukcyjna może być broń atomowa. 21 sierpnia 1945 roku fizyk Harry Daghlian brał udział w eksperymencie polegającym na sprawdzaniu masy krytycznej plutonu, czyli najmniejszej ilości substancji, w której reakcja rozszczepienia przebiega w sposób łańcuchowy. Fizyk miał pecha i przypadkowo upuścił ważący 4,4 kg klocek z węgliku wolframu na plutonowy rdzeń, osłonięty deflektorem neutronów.
Wzrost promieniowania spowodował, że pomieszczenie natychmiast wypełniło się błękitną poświatą zjonizowanego powietrza. Daghlian wpadł w panikę i bezskutecznie próbował rozrzucić kopniakiem budowaną przez siebie konstrukcję. Chwilę później zrobił to ręką, jednak dla niego było już za późno. Zmarł na chorobę popromienną 2. dni później. Blok miał być pierwotnie wykorzystany w trzeciej bombie atomowej, która miała spaść na Japonię w pierwszym dogodnym terminie po 24 sierpnia, ale już po dwóch bombardowaniach cesarstwo się poddało.
288763327168264339
Źródło zdjęć: © (fot. Gizmodo.pl)

Harry Daghlian nie był jedyną ofiarą feralnego bloku izotopu plutonu Pu-239, który doczekał się nazwy „diabelskiego rdzenia”. Po niecałym roku doszło do kolejnego śmiertelnego wypadku. 21 maja 1946 roku Slotin pracował nad rdzeniem, który zabił Daghliana. Przy pomocy śrubokrętu próbował podważyć berylową pokrywę służącą jako reflektor neutronów. Śrubokręt nie znalazł się przypadkowo w dłoni Slotina. Wyjątkowo niebezpieczne eksperymenty Slotina, nazywane przez zaangażowanych w nie naukowców „ciągnięciem smoka za ogon”, wymagały bowiem użycia tego niezwykle zaawansowanego narzędzia. Uranowy rdzeń umieszczano w dolnej części berylowej półsfery a drugą półsferę nakładano na górę. Gdyby obie berylowe półsfery zetknęły się, stworzyłyby reflektor neutronów, który doprowadziłby do zapoczątkowania reakcji łańcuchowej. Jedyną rzeczą, która je od siebie oddzielała był właśnie płaski śrubokręt w dłoni Slotina. Pechowo, narzędzie niespodziewanie się wysunęło, zaś pokrywa zamknęła. Natychmiast doszło do gwałtownej reakcji łańcuchowej. Blok wyemitował dużą dawkę promieniowania jonizującego gamma i neutronowego. Znów pojawiła się błękitna poświata zwiastująca śmierć.

Uratował kolegów

Fizyk chwycił za jedną z półkul i odrzucił ją, żeby reakcja nie miała większego zasięgu. To uratowało życie jego kolegów, ale on sam przyjął dawkę aż 21 siwertów promieniowania gamma i neutronowego, pięć razy większą niż śmiertelna. Slotin zeznał, że poczuł kwaśny smak w ustach oraz piekący ból w lewej ręce. Zaczął gwałtownie wymiotować. Od początku wiedział, że wkrótce umrze. Przed zabraniem go do szpitala pożegnał się z kolegami. Zmarł po dziewięciu dniach.

Rdzeń, który zabił także Louisa Slotina został wykorzystany w bombie „Gilda” (fot. LANL)

Rdzeń, który zabił także Louisa Slotina został wykorzystany w bombie „Gilda” (fot. LANL)

Sam „Diabelski rdzeń” nie zachował się. Diabelski rdzeń nie zachował się. Został wykorzystany w bombie „Gilda”. Ładunek o mocy 23 kiloton – bomba „Little Boy”, zrzucona na Hiroszimę, miała moc 15 kiloton – został zdetonowany 1 lipca 1946 roku podczas testu na atolu Bikini w ramach Operacji Crossroads podczas serii testów broni jądrowej.

 

red. P.S.

źródło: tech.wp.pl/, tvp.info/