Ciekawostki historyczne: 26 kwietnia 1986 roku doszło do awarii w elektrowni atomowej w Czarnobylu

W nocy z 25 na 26 kwietnia 1986 roku o godzinie 1.23 nastąpiła awaria reaktora, wybuch wodoru i pożar. Do atmosfery przedostały się duże ilości substancji radioaktywnych. Skażeniu promieniotwórczemu uległ obszar o powierzchni od 125 do 146 tysięcy kilometrów kwadratowych na pograniczu Białorusi, Ukrainy i Rosji, a powstała wówczas chmura radioaktywna rozprzestrzeniła się nad znaczną częścią Europy.

Bezpośrednio w katastrofie zginęło 31 osób. To strażacy oraz żołnierze, którzy walcząc z pożarem elektrowni otrzymali śmiertelne dawki promieniowania. Według różnych źródeł, liczba ofiar pośrednich, które zmarły z powodu przewlekłej choroby popromiennej może wynosić od 4 do 200 tysięcy. Była to największa katastrofa w historii energetyki jądrowej i jedna z największych katastrof przemysłowych XX wieku.

W likwidacji następstw katastrofy wzięło udział około 600 tysięcy osób z całego Związku Radzieckiego. Z tej liczby około jednej trzeciej otrzymało wysokie dawki napromieniowania. Największe ci, którzy bezpośrednio po wybuchu likwidowali skutki awarii i zabezpieczali uszkodzony reaktor. Mówi się o nich "likwidatorzy".

Do awarii doszło podczas przeprowadzania zaległego testu systemów bezpieczeństwa najnowszego - czwartego - reaktora. Nastąpił w nim pożar wywołany wybuchem wodoru. Udało się go ugasić dopiero po dwóch tygodniach, kiedy spłonęła większa część grafitu wypełniającego rdzeń reaktora.

Minęło zaledwie pięć minut od przegrzania się reaktora i wybuchu wodoru w czarnobylskiej elektrowni do momentu przybycia na miejsce katastrofy pierwszych strażaków. To co tam zastali zmroziło im krew w żyłach.

Kiedy podjeżdżali do bram [elektrowni], nie było tam śladu ognia i dymu, który dopiero co widzieli. Dotarli do budynku administracyjnego usytuowanego w pewnej odległości między blokami pierwszym i drugim. Bloki te łączyła znajdująca się za nimi hala turbin – długa budowla wysokości trzydziestu dwóch metrów.

Dach z bloku czwartego zniknął

Trzeci i czwarty blok sąsiadowały ze sobą i miały wspólny komin, który widniał na niemal wszystkich zdjęciach czarnobylskiej elektrowni. Wysokość bloków wynosiła siedemdziesiąt dwa metry i na tym poziomie – dachu siedemnastopiętrowego budynku porównywalnego ze średniej wielkości amerykańskim wieżowcem z lat dwudziestych i trzydziestych – znajdowała się podstawa komina.

Elektrownia w Czarnobylu na zdjęciu z 2017 roku (Mond/CC BY-SA 3.0).
Elektrownia w Czarnobylu na zdjęciu z 2017 roku (Mond/CC BY-SA 3.0).

Gdy patrzyli w jego stronę, byli oszołomieni skalą katastrofy – dach czwartego bloku energetycznego zniknął, zniknęła też znaczna część jednej ściany budynku. Po pozostałych sunęły języki ognia.

Wstrząśnięty [dowodzący akcją lejtnant Wołodymyr] Prawyk przesłał przez radiostację sygnał alarmowy numer trzy, najwyższego stopnia zagrożenia, co oznaczało, że wszystkie jednostki straży pożarnej w całym obwodzie kijowskim zostały natychmiast wezwane do akcji. Prawyk działał jak zawsze, przejmując odpowiedzialność.

„No cóż, Łeonidzie Mychajłowyczu, będzie gorąco – zwrócił się do Szawrija z szacunkiem, używając patronimikum. – My naprawdę będziemy musieli tutaj pracować”. Szawrij zrozumiał, że sytuacja jest groźna. „Włosy stanęły mi dęba” – wspominał później. Była godzina 1.28, minęło pięć minut od wybuchu.

Prawyk i jego drużyna wysiedli z wozów strażackich i pobiegli korytarzem transportowym przez blok trzeci, starając się zorientować, co dokładnie się wydarzyło. W korytarzu znaleźli aparat telefoniczny, ale nikt nie odebrał ich telefonu. W końcu zauważyli dwóch zrozpaczonych techników biegnących ku nim z bloku czwartego. „Co się stało? Gdzie się pali?” – zapytali strażacy.

Technicy nie byli pewni, ale zasugerowali, że płonąć może dach hali turbin. Prawyk zdał sobie sprawę, że to zła wiadomość. W hali, która łączyła wszystkie cztery bloki i pożar bez trudu mógł się na nie rozszerzyć, znajdowało się wiele palnych urządzeń – z niezmiernie cennym sprzętem włącznie.

„Tłumiliśmy płomienie wężami i deptaliśmy po nich”

Trzeba było działać, i to szybko. Polecił Łeonidowi Szawrijowi, by wrócił do swojego wozu i podjechał do ściany hali turbin, sam zaś został w budynku, gdzie miał spróbować dowiedzieć się czegoś więcej o wypadku i obmyślić plan dalszej akcji. Szawrij zrobił, jak mu kazano.

Razem z innym strażakiem, Wołodymyrem Pryszczepą, wspiął się na dach hali – niełatwe zadanie, jako że byli w pełnym rynsztunku i musieli wejść po drabinie, która miała dwanaście metrów długości i poruszała się podczas wspinaczki.

Na szczycie ujrzeli coś znacznie gorszego niż pożar. „Gdy dotarłem na dach, zobaczyłem, że część stropu jest uszkodzona, a niektóre fragmenty się zawaliły” – wspominał kilka dni później Pryszczepa

Bliżej krawędzi dachu na bloku czwartym spostrzegłem miejsce, gdzie strop zaczął się palić. Chciałem tam podejść, żeby ugasić płomienie, ale strop się trząsł. Wróciłem i posuwając się wzdłuż ściany i rury, którą tłoczono wodę do gaszenia pożaru, zbliżyłem się do ognia i zasypałem go piaskiem [zgromadzonym na dachu], bo nie dało się podłączyć węża.

Łeonid Szawrij także pamiętał, że gasili ogień bez użycia wody.

Próbowaliśmy  stłumić  płomienie  brezentowymi  wężami  pożarniczymi. Na dachu znajdowały się rury z wodą do gaszenia pożarów i węże w pojemnikach, użyliśmy więc tych węży. (…) Dach był podziurawiony i gdybyśmy zaczęli polewać go wodą, mogłoby dojść do  zwarcia. (…) Tłumiliśmy płomienie wężami i deptaliśmy po nich.

Na dachu leżał błyszczący, srebrzysty gruz

Wbrew wszelkim przepisom bezpieczeństwa dach, na którym pracowali, był pokryty lepikiem bitumicznym, łatwopalnym produktem naftowym. [Szawrij wspominał]:

Trudno było chodzić, ponieważ lepik na dachu się roztopił. Taki gorąc. (…) Przy niewielkim wzroście temperatury bitumin natychmiast się zapalał. (…) Gdy na nim  stanąłeś, nie dało się zrobić następnego kroku; zdzierało podeszwy z butów.

(…) I na całym dachu leżały porozrzucane błyszczące, srebrzyste kawałki jakiegoś gruzu. Odtrącaliśmy je na bok nogami. Przez moment wydawało się po prostu, że sobie tam leżą, a chwilę później się zapalały.

Monument upamiętniający strażaków z Czarnobyla (Dana Sacchetti/IAEA/CC BY-SA 2.0).
Monument upamiętniający strażaków z Czarnobyla (Dana Sacchetti/IAEA/CC BY-SA 2.0).

Tym, co odtrącali Szawrij i Pryszczepa, były kawałki grafitu i radioaktywnego paliwa. Radioaktywne materiały napromieniowywały wszystko dookoła, przede wszystkim członków drużyny strażackiej, którzy nie mieli przyrządów do pomiaru promieniowania ani odpowiedniego sprzętu, żeby się przed nim zabezpieczyć.

Wyszkolono ich w gaszeniu zwyczajnych pożarów i wchodzeniu do pomieszczeń i budynków wypełnionych dymem; nikt im nigdy nie wytłumaczył, jak radzić sobie z promieniowaniem, mimo że ich remiza znajdowała się w pobliżu elektrowni. Słabo, jeśli w ogóle, orientowali się w tym, na ile gaszony przez nich pożar różni się od normalnych pożarów, i nie wiedzieli, że może być radioaktywny.

„On jest prawdziwym kozakiem!”

W miarę jak rosła temperatura, Szawrij i Pryszczepa zdejmowali części swojego strażackiego rynsztunku. „Temperatura była wysoka, to utrudniało oddychanie. Rozpięliśmy kombinezony, pościągaliśmy kaski i odłożyliśmy je” – wspominał Szawrij.

Nie wiedząc o tym, byli podziwiani przez obserwatorów na dole. Wędkarze nad pobliskim stawem, świadkowie tej sceny, byli pod wrażeniem. „Zdjął kask! – wykrzyknął jeden z nich. – To fantastyczne! On jest prawdziwym kozakiem!”.

W Prypeci Ludmiła Ignatienko, żona Wasyla Ignatienki, członka drużyny z remizy numer sześć, która odpowiadała za bezpieczeństwo pożarowe miasta, obudziła się, usłyszawszy jakiś hałas pod oknami swojego mieszkania.[…]

Wasyl miał tej nocy dyżur i Ludmiła wyjrzała przez okno, szukając go na dole. Był tam, wsiadał właśnie do wozu strażackiego. „Zamknij okno i połóż się spać! – zawołał do żony. – W reaktorze wybuchł pożar. Niedługo wrócę”. Ludmiła spojrzała w kierunku elektrowni i zobaczyła płomienie nad blokiem czwartym. „Wszystko promieniało – wspominała. – Całe niebo. Buchające wysoko płomienie. I dym”

Pierwsi strażacy na miejscu katastrofy w Czarnobylu nie mieli żadnej odzieży ochronnej zapobiegającej napromieniowaniu. Na ilustracji  znaczek pocztowy wydany z okazji 50 rocznicy istnienia straży pożarnej w ZSRR (domena publiczna).
Pierwsi strażacy na miejscu katastrofy w Czarnobylu nie mieli żadnej odzieży ochronnej zapobiegającej napromieniowaniu. Na ilustracji znaczek pocztowy wydany z okazji 50 rocznicy istnienia straży pożarnej w ZSRR (domena publiczna).

Wozy strażackie wyjechały z garażu i pomknęły w stronę elektrowni. Zawiadywał nimi dowódca Wasyla, dwudziestotrzyletni lejtnant Wiktor Kibenok […]

Trzeba ugasić ten dach

Lejtnant Kibenok dotarł na miejsce o godzinie 1.45, siedem minut po przyjeździe drużyny Prawyka. Ponieważ Prawyk i jego ludzie zajmowali się gaszeniem pożaru na dachu hali turbin, nowym priorytetem stał się dach hali reaktora w trzecim bloku energetycznym. Zapalił się on w wyniku eksplozji w pobliskim bloku czwartym.

Wybudowanie dwóch bloków obok siebie pozwoliło zaoszczędzić pieniądze – miały wspólny komin oraz inne urządzenia – teraz jednak ich wzajemna bliskość okazała się niebezpieczna. Kibenok, Ignatienko i większość ich kolegów podłączyli węże pożarnicze do hydrantów i rur na ścianach budynku reaktora, po czym wspięli się po przymocowanych do niego drabinach na sam dach.

Było to niełatwe zadanie, ponieważ byli w pełnym rynsztunku, a blok miał prawie siedemdziesiąt dwa metry wysokości. Z dachu bloku trzeciego ujrzeli przerażający widok zniszczonej wskutek wybuchu hali reaktora i wydobywający się z dołu ogień. Odnaleźli przechowywane na dachu węże, podłączyli je do rur na ścianach i zaczęli gasić pożar.

Major Łeonid Telatnikow, komendant remizy straży pożarnej numer dwa i dowódca Prawyka […] w pobliżu murów hali turbin wpadł na Łeonida Szawrija […], który zszedł z dachu po wąż pożarniczy. „Łeonidzie Petrowyczu, tutaj są popękane kable elektroenergetyczne. Mogłem przez nie zginąć” – powiedział strażak swojemu szefowi, mając na myśli zniszczone linie energetyczne i przewody elektryczne zwisające z pozostałości ścian bloku czwartego, z którego wracał Telatnikow.

„Wszyscy źle się czuli: mdliło ich”

„Cóż, nie zabiły cię, więc żyjesz” – odparł major i zapytał, gdzie jest Prawyk. Major martwił się o młodego lejtnanta, ale odpowiedź Szawrija była pokrzepiająca. „Gdy nastąpił wypadek, niezależnie od tarć w drużynie, bez względu na wszystko, cała drużyna bez wahania poszła za Prawykiem – wspominał Telatnikow. – I nikt się nie wzbraniał” Telatnikow w końcu ujrzał Prawyka, gdy lejtnant i grupa strażaków z drużyny Kibenoka zeszli z dachu hali reaktora bloku trzeciego.

Prawyk zameldował, że pożar na dachu został w zasadzie ugaszony. On sam jednak był w wyraźnie złej kondycji. „Razem z nim zeszło jeszcze siedem osób. Wszyscy źle się czuli: mdliło ich” – wspominał Telatnikow. Spostrzegł stojącą nieopodal karetkę i kazał im do niej wsiąść. Była godzina 2.25. Na dachu spędzili niecałe pół godziny, ale mieli teraz silne mdłości.

Wszyscy zdawali już sobie sprawę, że nie jest to tylko skutek pożaru. Gdy Prawyk wsiadał do karetki, poprosił otaczających go ludzi, by powiedzieli jego żonie Nadijce, żeby pozamykała okna w ich mieszkaniu. Karetka odjechała pospiesznie do prypeckiego szpitala. Iwan Szawrij, który znajdował się wówczas na dachu hali turbin, zobaczył, że strażacy z drużyny Kibenoka także zaczynają schodzić.

Wszyscy mieli mdłości. W szczególnie złym stanie był Wasyl Ignatienko, który leżał na brzegu dachu. Kibenok, w rozdartej koszuli, poruszał się powoli, trzymając się ściany. Z pomocą innych zeszli na ziemię i karetka zabrała ich do szpitala

Po katastrofie wysiedlono mieszkańców kilkudziesięciokilometrowego obszaru wokół elektrowni. Jednak w pierwszych dniach po wybuchu żyli oni w informacyjnej próżni. 36 lat temu Walancin Baranau, członek Komitetu Rejonowego Komunistycznej Partii Związku Radzieckiego w białoruskich Chojnikach, towarzyszył radzieckim naukowcom, którzy jechali do Czarnobyla. Jeszcze pięć dni po katastrofie zapewniali oni ludność, że nic się nie stało. Później, jak mówił Polskiemu Radiu, wstydził się spotkać z ludźmi, by powiedzieć im o ewakuacji z napromieniowanej strefy. Walancin Baranau wspominał, że nawet wtedy, gdy przyszła decyzja o ewakuacji, nie powiedziano ludziom całej prawdy.

Wybuch w Czarnobylu został zakwalifikowany do siódmego, najwyższego stopnia w międzynarodowej skali zdarzeń jądrowych i radiologicznych INES. Później, w 2011 roku, tak samo została zakwalifikowana katastrofa w elektrowni jądrowej Fukushima w Japonii.

 

red.

źródło: polskieradio.pl/; wielkahistoria.pl/

Generic selectors
Exact matches only
Search in title
Search in content

Dzisiejsze imieniny