Ciekawostki historyczne: 1 sierpnia 1944 roku rozpoczęło się Powstanie Warszawskie

1 sierpnia 1944 roku, o godz. 17.00 (określonej kryptonimem „W”, jak Wolność), wybuchło Powstanie Warszawskie. Było to jedno z najważniejszych, a zarazem najbardziej dramatycznych wydarzeń zapisanych na kartach historii miasta. Planowane na kilka dni, trwało ponad 2 miesiące. 

Powstańcy chcieli doprowadzić do wyzwolenia Warszawy spod okupacji hitlerowskiej przed przybyciem armii sowieckiej i wywalczyć Polsce suwerenność po zakończeniu wojny. Oddziały powstańcze, chociaż liczne, ale bez odpowiedniego uzbrojenia stanęły do walki z regularną, w pełni zmilitaryzowaną armią niemiecką.

W Powstaniu Warszawskim brało udział także wiele kobiet, które walczyły, kochały i umierały. Kobiety stanowiły nawet 30 procent uczestników powstania warszawskiego. Sanitariuszki, łączniczki, kucharki, peżetki, ale także snajperki czy minerki – to w dużej mierze dzięki ich odwadze powstańcy wytrzymali tak długo.

 

5 najodważniejszych kobiet powstania warszawskiego

„Aniołek”

Jadwiga Klarner-Szymanowska, pseudonim „Aniołek” 1 sierpnia 1944 powiedziała matce, że wychodzi na kilka dni. Zabrała ze sobą przygotowaną wcześniej apteczkę i udała się na zbiórkę. Miała wtedy 22 lata. Szybko się okazało, że do domu nie wróci na czas. Po pierwszych walkach usłyszała, że ma samodzielnie zorganizować… powstańczy szpital.

Szpital na Mokotowie przetrwał niemal do końca września 1944 r. W tamtym okresie Niemcy krwawo dławili powstanie ciężką artylerią, tak zwanymi „krowami”. Jadwiga wspominała później:

Na prowizorycznym cmentarzyku przybywało mogił. Pamiętam młodego chłopca przyniesionego przez kolegów z oddziału. Był nieprzytomny. Na pierwszy rzut oka nie było widać żadnej rany ani kontuzji. Koledzy śmiali się, że symulant, że nic mu nie jest, tylko „dostał w gwizdawkę” – bo chłopak gwizdał, nieustannie gwizdał.

Dopiero przy dokładnym obejrzeniu głowy znalazłam ukrytą pod włosami nad skronią małą, okrągłą, prawie wcale nie krwawiącą rankę – wlot kuli. Może gdyby to był „prawdziwy” szpital z rentgenem, z neurochirurgiem, może chłopca dałoby się uratować. Gwizdał przez całą noc, na jedną nutę, nieprzerwanie. Nad ranem zmarł.

26 września szpital przestał istnieć, a „Aniołek” trafiła do niemieckiej niewoli. Udało jej się jednak uciec, i to dzięki… niemieckim strażnikom. „Do baraku wchodzi patrol. Typowe Szwejki: starszawi, grubawi, dobroduszni, w nieco rozmamłanych mundurach. Zaczynają z nami pogaduszki. Mówią: – My nie jesteśmy Niemcy, my Bawarczycy, katolicy, jak i wy” – opowiadała.

fot. Eugeniusz Lokajski; Żołnierki z powstania uczestniczyły między innymi w akcji zdobywania PAST-y. Na zdjęciu Powstańcy z batalionu „Kiliński” płonący gmach budynku.

Niemcy dali się przekupić zdobioną bransoletką i zaprowadzili Jadwigę do dziury w płocie. Po wojnie dziewczyna odnalazła brata i rodziców, którym także udało się przeżyć. W komunistycznej Polsce nie przyznawała się do powstańczej przeszłości. Skończyła medycynę. Została lekarzem o specjalizacji choroby dziecięce.

 „Pączek”

Wanda Traczyk, pseudonim „Pączek” w sierpniu 1944 miała zaledwie 17 lat, a za sobą – działalność w Małym Sabotażu, Szarych Szeregach i akcji N. Dostarczała hitlerowskim konfidentom listy ostrzegające przed wyrokiem śmierci. Co pchnęło ją do walki? Jak sama wspomina:

Bomba uderzyła w sąsiedni dom po przeciwległej stronie ulicy

 (…) Zobaczyłam kobietę wybiegającą z tych gruzów budynku z niemowlęciem na ręku, które było w poduszce, w takim beciku. Widziałam, jak Niemcy strzelali do tej kobiety, celując w to niemowlę. Widziałam jak rozpadało się to dziecko. (…) tam nie było nic, tylko miazga. To był wrzesień, jakiś szesnasty, siedemnasty września. Potem już mój stosunek do Niemców był jednoznaczny.

W powstaniu – z bronią w ręku!– trafiła do oddziału dyspozycyjnego Antoniego Chruściela „Montera”. Na przełomie sierpnia i „Czerwony krzyż nic ich nie interesował. Te dziewczyny umierały trzy dni, bo nie można było dojść –  opowiadała po latach Wanda. „Najwspanialsze, najodważniejsze to były sanitariuszki (…) szły bez broni i jeszcze musiały dźwigać, nie mogły biec, musiały zebrać rannego, włożyć na nosze”. 1 września 44′ przebijali się z północnego Śródmieścia do Starówki. Walka była bardzo zacięta. Niemcy nie pozwolili nawet na zabieranie z ulicy rannych sanitariuszek. We wrześniu 1944 roku dziewczyna walczyła między innymi na Nowym Świecie.

Po upadku powstania „Pączek” trafiła do stalagu. W 1947 roku wróciła do Polski. Ukończyła psychologię na Uniwersytecie Warszawskim. W późniejszych latach angażowała się między innymi w poszukiwania mogił powstańczych. Od 2017 jest honorową obywatelką Warszawy.

fot. Adrian Grycuk, Gdy wybuchło powstanie warszawskie, Wanda Traczyk miała 17 lat.

 “Baśka – Bomba”

20 sierpnia 1944 roku. Godzina 2 w nocy. Bok budynku przy ulicy Zielnej 39 rozświetla błysk wybuchów. Słychać strzały, a miotacz ognia z motopompy strażackiej posyła w głąb płomienie. Trwa akcja odbicia PASTY (Polskiej Akcyjnej Spółki Telefonicznej). Niemcy w charakterystycznym, warszawskim wieżowcu bronią się zaciekle. Snajperzy z góry zbierają krwawe żniwo.

Pierwszym akordem operacji był wyłom, przez który powstańcy weszli do środka. To zadanie dostała zaledwie 21-letnia minerka, Barbara Matys o pseudonimie „Baśka – Bomba”, oraz jej dwie koleżanki: „Iza” – Wanda Maciejowska i „Hanka” – Irena Grabowska. Patrol minerski pod dowództwem kapitana Jerzego Skupieńskiego „Jotesa” około północy dostał się do oficyny sąsiedniej kamienicy. Ładunek umieścili na trzecim piętrze. Detonacji osobiście dokonywał „Jotes”. „Baśka” wspominała później:

Wybuch był straszny, w ogóle siadło nam wszystko na głowie i jak tylko osiadł pył, to natychmiast [ruszyliśmy] do przodu. (…) Niemcy już mieli uruchomione kaemy i już strzelali. Byli pierwsi ranni, którzy odpadali z drabiny i nasza „Iza” została ranna w piętę. „Hania” wycofała się z nią, a ja biegłam dalej za „Jotesem”. Wpadliśmy do jakiegoś pomieszczenia, w którym już było piekło.

Minerskie wyposażenie „Baśki – Bomby” znów się przydało, gdy grupa znalazła się w potrzasku. Jak opowiadała:

Zaciął się nasz karabin maszynowy i jesteśmy w tym wszystkim zgubieni. Trzeba się wydostać, bo się usmażymy, zadusimy. Wtedy poszły w ruch moje ładunki, które miałam w chlebaku. Nie wiadomo było jak gruba jest ściana, jak uda się odpalenie, bo były tylko trzycentymetrowe kawałki lontu ze spłonkami. Trzy centymetry to jest trzy minuty na wycofanie się po odpaleniu.

Po wybuchu, żeby się uratować, skakali z trzeciego piętra na gruz. Niektórzy nie dawali rady i byli wypychani przez dowódcę. Barbara Matys skoczyła sama.

„Baśka – Bomba” po upadku powstania trafiła do obozu przejściowego w Ożarowie, a następnie do stalagu 344 w Lamsdorfie, gdzie pracowała w obozowym szpitalu. Podobno ze względu na zupełny brak strachu wobec okupanta, wyrobiła sobie szacunek u Niemców. Po wojnie musiała znosić szykany ze strony peerelowskich służb bezpieczeństwa. Negatywna opinia z bezpieki przekreśliła jej szansę na studia medyczne. Bohaterka powstania warszawskiego do emerytury pracowała więc jako pielęgniarka dziecięca.

„Sławka”

„Nagły płacz nagromadzony od tylu tygodni wstrząsa mną. Płaczę za wszystkie czasy. (…) Czuję, że jestem bliska omdlenia. Dozorczyni bierze mnie do siebie, myje całą, szoruje, karmi. Wycina mi część skołtuniałych i polepionych włosów, których nie sposób rozczesać” – zapisała w swoim brulionie siedemnastoletnia łączniczka Wiesława Kamper. Dziewczyna, posługująca się pseudonimem „Sławka”, była żołnierką batalionu Parasol. I właśnie wyszła z kanałów.

Cudem uniknęła tam śmierci. Nogi z wyczerpania odmówiły jej posłuszeństwa i osunęła się w toń. Uratował ją inny żołnierz – z batalionu „Zośka”. Nie był to jednak koniec dramatycznych przeżyć. Dziewczyna wpadła w rozpacz, gdy okazało się, że jej dom rodzinny jest pusty, a ukochany z oddziału nie żyje.

Mowa o „Fabianie”, czyli 21-letnim Januszu Wernerze, który nieraz pojawił się na kartach pamiętnika „Sławki”. Chłopak cofnął się z włazu na Czerniakowie wraz z chorym na serce kolegą. Obaj zginęli od serii z hitlerowskich karabinów – a przynajmniej tak myślała Wiesława. W książce „Miłość ’44” Agnieszka Cubała wyjaśnia:

Po latach do „Sławki” dotarła wiadomość, że „Fabian” przeżył. Ukrył się wtedy w piwnicy. Pod osłoną nocy przeczołgał się nad brzeg Wisły i przepłynął na prawą stronę. Oboje spotkali się nawet pewnego dnia na jednej z ulic Warszawy. Ale wówczas każde z nich miało już ułożone życie…

„Zojda”

Z Mokotowa do Śródmieścia przebijała się również łączniczka „Parasola” o pseudonimie „Zojda”, czyli Zofia Świerszcz (po mężu – Łazor). W jej przypadku koszmar błąkania się w plątaninie kanałów trwał aż 18 godzin. Po latach opowiadała:

Miałam wysoką gorączkę i marzyłam tylko o tym, żeby usiąść, ale jak siadałam, to się zanurzałam głową w kanale. Ten kanał był koszmarny i makabryczny. Jak dotarliśmy już kanałem do Śródmieścia (…), kładli nas na chodniku i w pewnym momencie spojrzałam do góry i zobaczyłam piękne, jesienne liście na drzewie.

„Zojda” miała zaledwie 16 lat, kiedy wybuchło powstanie. Zanim nadeszła godzina W,

 uczestniczyła już w akcjach bojowych w ramach tak zwanej „Główki”, czyli w likwidacji SS-manów wydających cywilów na śmierć. Zajmowała się poza tym rozpoznaniem, a także szmuglowaniem prasy i broni.

Przed powstaniem zdarzyło się kilka razy, że czułam, iż nie powinnam brać udziału w zabijaniu. Ale okoliczności były takie, że musiałam” – wyznała kiedyś. Po powstaniu trafiła do polskich sił na Zachodzie. W czasach PRL zajmowała się między innymi prowadzeniem organizacji kombatanckich. Zmarła niedawno – w styczniu 2019. Pochowano ją na Powązkach. Na jej grobie nigdy nie brakuje zapalonych zniczy.

fot. domena publiczna; „Zojda” służyła w batalionie „Parasol”. Na zdjęciu inni żołnierze z jej zgrupowania.

 

red. P.S.

źródło: ciekawostkihistoryczne.pl\

Generic selectors
Exact matches only
Search in title
Search in content